
Dzisiejszy sierpniowy dzień oddychał niespokojnym rytmem natury. Z porannych wieści o pierwszym śniegu na Kasprowym Wierchu niewiele pozostało. W żlebach Wysokich Tatr śnieg trwał niczym znak wieczności. Subtelny, lecz niezniszczalny, tak jak sama góra. Białe wspomnienie lata, które przemienia się w jesień.
Silny północny wiatr niósł w sobie suchość i świeżość, jakby chciał zetrzeć z krajobrazu resztki lata i przypomnieć o bliskości jesieni. Rankiem chmury, ciężkie i niskie, osiadły na tatrzańskich grzbietach, jakby strzegły ich potęgi i nie chciały dopuścić wzroku człowieka do tej odwiecznej tajemnicy. Powoli, majestatycznie, zaczęły spływać ku południu.
Około siedemnastej niebo nad Słowacją przemieniło się w scenę, na której Tatry ukazały się w pełnej sile. Chmury stały się tłem, a góry aktorami, promieniującymi własną prawdą. Bielskie Tatry jeszcze pływały w ostatnich obłokach, jakby nie chciały całkiem porzucić swej intymności. Między Hawraniem a Muraniem przesuwały się niesione powiewem wiatru, a z widocznego na Łomnicy obserwatorium, można było spojrzeć na ten spektakl z góry. Jakby człowiek choć przez chwilę mógł oglądać świat oczyma nieba.
W tę epicką scenerię wpisał się Zamek Tenczyn. Jego mury, wciąż stojące mimo upływu stuleci, dopełniły obrazu. Przypomniały, że historia i natura są splecione w jednym dramacie. Dawniej, gdy drzewa wokół niego były niskie, widok ten musiał być jeszcze pełniejszy, jeszcze bardziej nieokiełznany.
(24 sierpnia 2025)