
W drugą noc kwietnia, w godzinie zawieszonej między jawą a snem, Chrzanów objawił mi się w aurze osobliwie ciepłej, jakby miasto oddychało własnym, przyczajonym żarem. Zatrzymałem samochód przy galerii Kasztelania. Zerknąłem w stronę miasta, które mimo chłodnych ośmiu stopni promieniowało tym tajemnym wewnętrznym ciepłem, starego brukowanego snu, rozlanego po zaułkach i gzymsach kamienic.
Ulica Szpitalna, kapryśna i figlarna arteria, wstęga, wijąca się jak myśl nieskończona. Przetykana latarniami niczym perłami na rzemieniu nocy. Wiodła wzrok ku osiedlu Północ, które majaczyło w oddali, niby dźwięk dawnego marzenia urbanisty. A nad tym wszystkim nieśmiały młody Księżyc. Zawieszony w pół drogi między istnieniem a snem, dopełniał harmonii światła i cienia.